Dzieci podobnych do Karola było jednak w Szopienicach więcej. Po potwierdzeniu ołowicy u chłopca, pilnie należało znaleźć kolejne chore maluchy i odizolować je od trującej huty. Co więcej, należało to zrobić dyskretnie. W polityce socjalistycznej władzy huta miała pozostać symbolem prestiżu i dobrobytu Polski Ludowej, a podtruwanie za jej sprawą okolicznych mieszkańców stanowczo nie mieściło się w tej konwencji.
Słowo zakazane – „ołowica”
Na początek przebadano 20 dzieci mieszkających w najbliższym sąsiedztwie huty – wyniki były druzgocące. Doktor Jolanta Wadowska-Król przeszła do kolejnych badań. Osobiście wraz z pielęgniarką środowiskową Wiesławą Wilczek roznosiły do mieszkań zawiadomienia o konieczności stawienia się do przychodni. Rozsyłanie informacji pocztą było ryzykowne, stawianie rozpoznania ołowicy – stanowczo zakazane. Przyjmując liberalne normy z lat 70., chorobę stwierdzono finalnie u około 1000 dzieci. Gdyby wykonywano badania dziś, byłoby ich 4-5 razy więcej.
Nie można było mówić o skutecznym leczeniu małych pacjentów, jeśli nadal mieliby przebywać w pobliżu trującego zakładu. Dzieci za wszelką cenę musiały być wywiezione z okolicznych terenów, a czas grał kluczową rolę w ich dalszych rokowaniach. Doktor Król mówiła rodzicom: „Państwa dziecko jest chore, ale trzeba milczeć”. Mimo nacisków od przełożonych i nieprzychylnej reakcji władz, dzielnej lekarce udało się zorganizować wyjazdy sanatoryjne dla prawie wszystkich chorych dzieci, a także dla dzieci, u których jeszcze nie stwierdzano zatrucia, ale pochodziły one z najbliższych hucie familoków. W karcie wypisowej z sanatorium ponownie jak ognia unikano słowa „ołowica”. Dzieci były tylko „obserwowane”, a obserwacja mogła przebiegać pozytywnie lub negatywnie.
Kierując małych pacjentów do sanatorium (najczęściej w Istebnej), doktor musiała zmagać się nie tylko z oporem władzy, wiele obaw mieli również rodzice. Martwili się oni zarówno o swoje dzieci, jak i o przyszłość huty. Jej zamknięcie oznaczałoby jednocześnie utratę jedynego żywiciela większości szopienickich rodzin.
Sanatorium, które pozwoliło wielu dzieciom na powrót do zdrowia, nie trwało jednak wiecznie. Kiedy czas turnusu się kończył, powrót do skażonych mieszkań i podwórek wydawał się nieunikniony. Tu jednak w opozycji do ówczesnej władzy stanęła profesor Hager-Małecka, której po burzliwych dyskusjach z Edwardem Gierkiem, udało się wywalczyć przydział nowych mieszkań, w dalszej odległości od huty. Stare familoki położone w cieniu kominów zostały wyburzone.
Historia zapomniana czy wymazana?
Mimo bohaterskiej walki doktor Król i jej orędowników, nie wszystkie dzieci udało się uratować. Nie jest znana dokładna liczba zgonów spowodowanych ołowicą wśród dzieci i dorosłych mieszkających w pobliżu huty. Karty zgonu większości z nich obejmował enigmatyczne sformułowania jak „niewydolność krążeniowo-oddechowa” czy „zaburzenia układu nerwowego”.
Doktor Król nie chciała, żeby historia szopienickich dzieci uległa zapomnieniu i zatarła się w czasie. Znajdowała się w posiadaniu danych, które świadczyły o masowym zatruciu metalem pochodzącym z zakładu przemysłowego. Były to twarde liczby i wyniki oznaczeń laboratoryjnych, które mówiły same za siebie. Za namową profesor Hager-Małeckiej szopienicka lekarka postanowiła przekuć te dane w pracę doktorską. Rozprawa miała być zarówno nieginącym dowodem choroby dzieci, jak i docenieniem doktor Król za jej wieloletnie, mozolne starania o poprawę losu małych „ołowików”. Stało się jednak inaczej.
Choć praca była gotowa już w 1975 roku, równocześnie z jej finalizacją zaczęły się piętrzyć problemy natury formalnej. Zamykały się kolejne drzwi, do których pukała lekarka, ważnych osób „nie było”, „pilnie wyjechali”, „nie byli dostępni”. Anonimowy recenzent ocenił pracę lekarki na niedostateczną, co przekreślało szanse jej obrony. Doktor Jolanta Wadowska-Król została zmuszona do podpisania oświadczenia o przekazaniu rozprawy do tajnego archiwum Śląskiej Akademii Medycznej. Jedynym śladem, jaki pozostał po szeroko zakrojonych badaniach wśród szopienickich dzieci, jest krótka wzmianka w Pediatrii Polskiej z 1977 roku o Karolu, pierwszym pacjencie pani doktor.
Kiedy lekarka pogodziła się z faktem, że z powodu poruszenia niewygodnego dla władzy tematu nie ma już większych szans na karierę naukową, kontynuowała swoją dotychczasową misję. Chwilowa dobra wola mocodawców i zarządców huty skończyła się. Choć zakład nadal truł okolicznych mieszkańców, według oficjalnych doniesień problem został rozwiązany. Doktor Król wiedziała jednak, że jest inaczej, dlatego z dawnym uporem tropiła kolejne przypadki ołowicy. Każdy z nich sumiennie dokumentowała i odsyłała opis do wojewódzkiej stacji sanitarno-epidemiologicznej. Ta jednak nigdy nie odniosła się do przesyłanych monitów.
Doktor Jolanta Wadowska-Król zaangażowała się również w pomoc mieszkańcom dawnych familoków w występowaniu o odszkodowanie od huty za utracone zdrowie. Pomagała pisać pozwy, doradzała, pocieszała. Dochodzenie roszczeń było trudne – choć upośledzenie fizyczne i psychiczne dzieci było często aż nadto widoczne, sędzia pytał o dokumentację medyczną, potwierdzone rozpoznanie ołowicy. Takie zaś nie istniały.
Zasłużona „kobieta z ołowiu”
W latach 80., gdy do huty wkroczyła „Solidarność”, temat ołowicy odżył. Rozgorzała akcja pomocy mieszkańcom Szopienic – zaplanowano przebadanie nie tylko dzieci, ale całej populacji dzielnicy. Zorganizowano hektolitry deficytowego wówczas mleka, które miało pomóc zatrutym ołowiem. W końcu zweryfikowano jakość filtrów założonych na kominach huty – były one tak naprawdę atrapą, a 350 metrów od budynku zanieczyszczenie powietrza ołowiem tysiąckrotnie przekraczało normę. I choć doktor Król została wówczas uznana za prekursorkę zmian w hucie, wiele z jej zasług oraz dorobku naukowego przypisano innym osobom.
Temat ołowicy posłużył w zdobyciu kilku prac doktorskich i profesorskich (część z nich powstała na kanwie badań doktor Król). Zniesmaczenie układami, polityką i wielkim światem sprawiło, że lekarka wycofała się z działalności publicznej i pozostała przy zajęciu, które dawało jej najwięcej satysfakcji – diagnostyce i leczeniu małych pacjentów.
W czasie gdy z uporem walczyła o zdrowie szopienickich dzieci, nazywano ją niekiedy z przekąsem Matką Boską Szopienicką. Film o takim tytule nakręciła młodzież jednej z katowickich szkół średnich. We wrześniu 2017 roku doktor otrzymała tytuł Honorowego Obywatela Miasta Katowice, a w roku 2018 odsłonięto mural upamiętniający dzielną lekarkę. Sama Joanna Wadowska-Król mówi skromnie w wywiadach: „Wykonywałam normalną pracę lekarza rejonowego. Tylko wykonywałam ją dobrze”.
Zacytuj ten artykuł jako:
- Sylwia Ziółkowska, Kobieta z ołowiu, MGR.FARM, nr 1/2019 (23), str L10-L12










