REKLAMA
pon. 24 lutego 2020, 15:58

Burzliwa sytuacja na estońskim rynku aptecznym

1 kwietnia to data, po której wszystkie apteki w Estonii będą już musiały być kontrolowane przez farmaceutów. Na dwa miesiące przed wejściem w życie ustawy, tylko 40% wszystkich aptek spełnia jej wymagania.

1 kwietnia to data, po której wszystkie apteki w Estonii będą już musiały być kontrolowane przez farmaceutów(fot. Shutterstock).
1 kwietnia to data, po której wszystkie apteki w Estonii będą już musiały być kontrolowane przez farmaceutów (fot. Shutterstock).

Estońska wersja ustawy „Apteka dla aptekarza” określa konkretną datę, począwszy od której wszystkie apteki w kraju mają stanowić własność farmaceutów. Będzie to 1 kwietnia 2020 r. Na nieco ponad miesiąc przed wyznaczonym terminem, jak czytamy na portalu gdziepolek.pl, sytuacja wydaje się poważna: do tego stopnia, że koalicja rządowa próbowała nawet całkowicie wycofać się ze zmian, jednak bez skutku. Słychać głosy, że w wyniku ustawy zamknięte zostaną setki placówek, a kilkadziesiąt miejscowości zostanie nawet bez jednej czynnej apteki. W efekcie problemy z dostępem do leków mogą mieć sami pacjenci (czytaj też: WAŻNE: Raport WHO na temat aptek w Europie).

Próba odwrotu

Większość estońskiego rynku aptecznego kontrolowana była dotąd przez sieci powiązane z hurtowniami – w chwili obecnej jedynie 200 z 500 placówek w kraju spełniłoby wymogi ustawy. Dane te musiały mocno zaniepokoić władze, które w konsekwencji zaproponowały projekt ustawy w całości wycofujący ograniczenia własnościowe.

W głosowaniu, jakie odbyło się 17 grudnia, Parlament odrzucił jednak tę propozycję – próba odwrotu nie powiodła się. Nie trzeba też było długo czekać na odpowiedź ze strony wielkich sieci, które dzień po przegranym głosowaniu, przeprowadziły spontaniczny strajk w formie lockoutu. Akcję rozpoczęto o godzinie 14 i do końca dnia apteki pozostały już zamknięte.

Głos zwolenników reformy

Jest jednak w Estonii także spora grupa zwolenników reformy. Twierdzą oni, że aptek w ich kraju jest po prostu za dużo. Zdaniem Estońskiej Izby Farmaceutów, najbardziej optymalną ilością, wynikającą z europejskich standardów, byłoby ok. 200-250 placówek zamiast istniejących 500.

Takie zmniejszenie liczby aptek mogłoby w efekcie prowadzić do 45 mln euro rocznie oszczędności, a także do obniżenia aż o 11% cen leków. Co więcej, jak twierdził Tanel Kiik, 77% estońskich miejscowości miałoby już w grudniu dostęp do spełniającej wymogi ustawy apteki (zobacz też: Tomków: mniej aptek to większa stabilność i lepsze zaopatrzenie).

Sieci reagują

Wielkie sieci do końca oczekiwały nadejścia zmian w ustawie. Im bliżej jednak wyznaczonej daty, tym ich nadzieje słabły. Właściciel największej hurtowni w kraju oraz związanej z nią sieci aptek, Margus Linnamäe, zadeklarował, że dostosuje się do obowiązujących norm, ale jednocześnie zagroził złożeniem pozwu przeciwko państwu.

To bezprecedensowa sytuacja w estońskiej historii, że przedsiębiorcy są zmuszeni do oddania swoich firm. Nikt w naszym kraju nie może już mieć poczucia nienaruszalności własności – mówił przedsiębiorca, jak czytamy na portalu Gdzie Po Lek.

Jednocześnie jednak aktualne pozostaje pytanie, czy nawet jeśli inne sieci dostosują się do formalnych wymogów i również przekażą 51% udziałów farmaceutom, czy będą apteki naprawdę niezależne? Według danych z września ubiegłego roku spośród 175 placówek, które spełniało w tym czasie wymagania ustawy, jedynie 15 z nich można było uznać jako „prawdziwie niezależne”. Większość pozostaje kontrolowana przez wielkie sieci przez programy franczyzowe. Sytuacja w Estonii pozostaje bardzo dynamiczna. Kolejne projekty zmian zapowiedziały partia konserwatywna oraz partia socjaldemokratyczna. Jaki będzie tego finał, dowiemy się niebawem.

AM/gdziepolek.pl