Apteki w całej Polsce coraz częściej kwestionują obowiązek pełnienia dyżurów. Ich właściciele wskazują, że jest to dla nich nieopłacalne.
– Narodowy Fundusz nie chce nam płacić za dyżury. Powiat – też nie. Zostaliśmy sami na placu boju. Albo w całości sfinansujemy te dyżury i będą, albo nie – bo nas na to nie stać – mówi właścicielka jednej z aptek w Jarocinie.
Sama wielokrotnie pełniła dyżury, zanim zostały w Jarocinie zniesione. Najwięcej pacjentów pojawiało się do godziny 23, gdy działała tzw. wieczorynka. Od północy ruch praktycznie zamierał. W rezultacie przychód z takiego dyżuru nie starczał na pokrycie jego kosztów.
– A jeżeli ktoś o czwartej nad ranem przychodzi po płyn do kąpieli dla dziecka i zwracam mu uwagę, że to nie jest czas na takie rzeczy, on na mnie z buzią, że to jest mój obowiązek – mówi farmaceutka.
Biznes czy służba?
Są jednak takie powiaty, w których problemu z dyżurami nie ma. Apteki stosują się do ustalonych przez starostwo grafików. Tak jest m.in. w Śremie czy Środzie Wielkopolskiej. W pobliskiej Wrześni dyżurów nie ma, bo funkcjonuje w niej apteka całodobowa. Jak to możliwe?
– Po prostu jesteśmy nie tylko handlowcami, tak jak nam mówią, tylko farmaceutami. To jest etyka zawodowa. Jesteśmy po to, żeby służyć ludziom. Pacjenci to nie są zwykli klienci. To chorzy, którzy potrzebują naszej opieki i poświęcenia. Jeżeli ten dyżur, który pełnimy w nocy, uratował choć jedną osobę, to znaczy, że jest potrzebny. Nawet ta prezerwatywa to też jest potrzebna rzecz – wyjaśnia, prosząca o zachowanie anonimowości, jedna z farmaceutek.
– Służymy pacjentom, ale nie jesteśmy służącymi. Służbie się płaci, zapewnia wikt, opierunek i dach nad głową. Nas się traktuje jak niewolników, ale nawet oni mieli prawo do snu. Co jest sprzedawane na dyżurach nocnych? Prezerwatywy, kubki na mocz i testy ciążowe. Leki, sporadycznie – mówi mgr farm. Mariusz Politowicz właściciel i kierownik apteki „Pod wagą” w Pleszewie.
Źródło: ŁW/jarocinska.pl










