Lek znalazł się na pokładzie samolotu z USA w minioną środę, 20 października. Do łódzkiego szpitala, w którym oczekiwała go chora na nowotwór dziewczynka, trafił jednak dopiero we wtorkowe popołudnie.
Cenny preparat to WP1066, którego zadaniem jest – jak wyjaśniał w rozmowie z TVN24.pl profesor Wojciech Młynarski z Łodzi – spowolnienie rozwoju guza, który, rozrastając się, przyczynia się do uszkadzania kolejnych sektorów mózgu. Sprawa miała więc wyjątkowo pilny charakter (czytaj również: Dostawa leku na receptę z apteki do pacjenta? GIF odpowiada…).
Jak przebiegała podróż
Początkowo, wszystko układało się pomyślnie – specyfik, wysłany z Houston, trafił do Indianapolis, a następnie do Paryża. W piątek rano znalazł się już na warszawskim lotnisku, a wieczorem spodziewano się go w Łodzi – niestety, tak się nie stało. Lek niezbędny do ratowania życia miał najprawdopodobniej w tzw. „sortowni” spędzić aż cztery dni.
Profesor Młynarski, kierownik Kliniki Pediatrii, Onkologii, Hematologii i Diabetologii w szpitalu im. M. Konopnickiej w Łodzi, relacjonował:
– Próbowałem ustalić, co się stało. Niestety, nikt nie był w stanie powiedzieć, co dzieje się z lekiem. Wiedziałem, że nie mogą być to kwestie celne, bo leki w Polsce nie mają cła, więc paczka powinna opuścić oddział bez żadnej zwłoki.
Tablet zamiast leku
Interwencja dziennikarzy miała na szczęście odnieść skutek – do profesora Młynarskiego zwrócić się przewoźnik, który wyjaśnił, że lek miał błędnie przypisany dokument. Napisano w nim, że chodzi nie o lek, ale o tablet i ładowarkę (czytaj również: Apteki szpitalne i dostawa leków do domu).
Jak opowiadał dalej lekarz, rodzice chorej dziewczynki podjęli wszelkie działania, by jak najprędzej odzyskać przesyłkę – lek został odebrany przez bliskich 9-latki, a ci dostarczyli go do Łodzi.










