W Niemczech wysyłkowa sprzedaż leków na receptę funkcjonuje już od 2004 roku. W ostatnich latach zaczęła ona zagrażać funkcjonowaniu aptek stacjonarnych. A wszystko za sprawą m.in. holenderskiej apteki internetowej DocMorris. Kilka lat temu zaczęła ona oferować leki na receptę niemieckim pacjentom w cenach niższych, niż niemieckie placówki. Podobnie jak to ma miejsce w Polsce, apteki funkcjonujące w Niemczech nie mogą udzielać rabatów na leki refundowane. Tymczasem holenderski DocMorris uruchomił program rabatowy dla niemieckich pacjentów. Firma zignorowała niemieckie regulacje, wykorzystując to, że jej siedziba znajduje się w Holandii (czytaj również: Setki farmaceutów wyszły na ulice. Dlaczego protestują?).
W ubiegłym roku niemieccy farmaceuci zorganizowali serię protestów, w których domagali się reakcji rządu na ich sytuację. Wtedy zaproponowano nowelizację prawa farmaceutycznego, która miała osłabiać konkurencję ze strony zagranicznych aptek internetowych poprzez odebranie im prawa do stosowania rabatów cenowych na leki na receptę. O tego czasu jednak nie udało się projektu ustawy wprowadzić w życie.
Dlatego teraz niemieccy farmaceuci domagają się dokończenia prac nad zmianami. Apelował o to niedawno prezes Federalnego Zjednoczenia Niemieckich Związków Aptekarzy Friedemanne Schmidt. Według danych Zjednoczenia, od 12 lat trwa spowodowany trudnymi warunkami rynkowymi proces likwidowania aptek – w ciągu pierwszego półrocza br. ich liczba zmniejszyła się o 168, do 18 907 – co jest poziomem rekordowo niskim (czytaj również: Liczba aptek w Niemczech spada. Rośnie jednak liczba ich pracowników…).
– Największą naszą bolączkę stanowi to, że droga narybku do biznesowej samodzielności staje się coraz uciążliwsza z powodu braku wiarygodnych polityczno-porządkowych warunków ramowych, braku jasnej farmaceutycznej i gospodarczej perspektywy. Czekamy na to już od blisko czterech lat – miał powiedzieć Schmidt.
Źródło: ŁW/wnp.pl










