Magister farmacji Paulina Wojna pochodzi z Głuchowa – niewielkiej wioski pod Poznaniem, gdzie spędziła swoje dzieciństwo. Już w gimnazjum zakochała się w świecie chemii, co przyczyniło się do wyboru jej późniejszej drogi rozwoju. W wieku 15 lat zamieszkała w jednym z leszczyńskich internatów. Po to, by kontynuować edukację w II LO w klasie o profilu biologiczno-chemicznym. Tam aktywnie uczestniczyła we wszelkich inicjatywach i konkursach związanych z tym przedmiotem. Paulina jest osobą o wielu zainteresowaniach, z których najbardziej wyróżnia się pasja związana z rysunkiem i malarstwem. Jest w tym zakresie samoukiem.
Jak sama często wspomina, jej rozkojarzona artystyczna dusza kłóci się na co dzień z charakterem precyzyjnego farmaceuty, skupionego na najdrobniejszych szczegółach. Obecnie mieszka w Poznaniu, pracuje w firmie farmaceutycznej w obszarze pharmacovigilance. Można ją spotkać również za pierwszym stołem w aptece ogólnodostępnej.
Zacznijmy może od tego, skąd w ogóle wziął się u Pani pomysł, by studiować farmację? Miała Pani z nią do czynienia wcześniej „rodzinnie” czy może kierowała Panią jakaś inna motywacja?
Decyzja o wyborze studiów nie była dla mnie łatwa – jako młoda, operatywna dziewczyna miałam wiele pomysłów na siebie. Jeszcze przed pójściem do liceum brałam głównie pod uwagę architekturę lub kierunki okołomedyczne. Nikt z mojej rodziny nie jest farmaceutą, za to od najmłodszych lat moje zdrowie było uważnie kontrolowane dzięki czujności mojej mamy – pielęgniarki. Myślę, że to właśnie ona zaszczepiła we mnie chęć niesienia pomocy ludziom i samo zainteresowanie medycyną. W momencie wyboru liceum najbardziej adekwatną dla mnie wydawała się klasa o profilu biologiczno-chemicznym. Mimo podjęcia tej decyzji moje późniejsze plany związane z wyborem konkretnej drogi kształcenia były bardzo nieklarowne. Na dobrą sprawę – aż do klasy maturalnej nie zdefiniowałam ich w ogóle.
Moje rozterki spotęgowane charakterem dziewczyny ciekawej świata i żądnej przygód prowadziły do pewnych absurdalnych (jak może się wydawać z perspektywy czasu) zachowań. Za przykład może posłużyć oddanie krwi w leszczyńskim szpitalu. Okazało się, że oprócz standardowego pakietu czekolad, wafelka i soku otrzymałam również specjalne zaproszenie. Współpracujący wówczas ze szpitalem komandosi zachęcali dawców do wstąpienia w swoje szeregi. Przez parę tygodni służba wojskowa wydawała się rewelacyjnym (jeśli nie najlepszym!) pomysłem na kolejne lata… Wiedziałam, że chcę pomagać ludziom, a ponadto byłam ambitną uczennicą. Nauka nie sprawiała mi większych trudności, a co za tym idzie – nie przeszkadzała w realizowaniu moich pasji.
Większość młodych ludzi w takiej sytuacji pomyślałaby o studiowaniu medycyny…
Pyta Pan, czy myślałam o studiach lekarskich? Oczywiście, że przeszło mi to przez myśl! Jak pewnie większości moich kolegów i koleżanek, ale jednocześnie czułam, że to nie jest moja droga. Miałam dzieciństwo, jakiego można tylko pozazdrościć. Jeśli natomiast miałabym określić jakąkolwiek trudność w tamtym okresie, bez chwili zastanowienia wskazałabym na styczność z chroniczną chorobą w rodzinie. Miała ona realny wpływ na codzienne życie wszystkich domowników. W takiej sytuacji podświadomie zdajemy sobie sprawę, że mimo niesamowitych chęci i niebotycznych starań lekarzy medycyna ma ograniczone możliwości i takie podejście już pozostaje z nami na długie lata. Przy mojej wrażliwości na ból drugiego człowieka wiedziałam, że idąc na medycynę, nie będę w stanie wytłumaczyć sobie niezależnych ode mnie trudności, które w dłuższej perspektywie będą przygnębiające.
- Czytaj również: Farmaceuta, fotograf i ornitolog. Człowiek z pasją…
Dodatkowym aspektem, który brałam pod uwagę przy wyborze kierunku studiów, był mój zachwyt chemią i stosunkowo niewielkie zainteresowanie mięczakami, bezkręgowcami, cyklem Krebsa czy mechanizmami powstawania turgoru w roślinach. Na biologii ciekawiły mnie tylko niektóre zagadnienia.
Skąd zatem pomysł na farmację?
Wiekopomna chwila, kiedy podjęłam decyzję o wyborze kierunku, nadeszła na… jednej z lekcji chemii. Mieliśmy dość srogą nauczycielkę, która uczyła przedmiotu z pasją. Jednych potrafiła nią „zarażać”, innych – trwale do niej zniechęcić. Na moje szczęście byłam w tej pierwszej grupie – mimo niemałego stresu uwielbiałam prowadzone przez nią zajęcia. Mając na celu zwiększenie motywacji i ambicji swoich uczniów przed maturą, zapytała każdego z nas, na jakie studia się wybieramy. Spontanicznie stwierdziłam, że chcę być farmaceutą. I oto… od tamtej chwili zaczęłam do tego dążyć. Po latach stwierdzam, że był to strzał w dziesiątkę!
Kiedy zaczęło się u Pani zainteresowanie rysowaniem?
Moje zainteresowanie rysowaniem sięga najmłodszych lat. Odkąd pamiętam, dostawałam akcesoria do pracy kreatywnej, farby, kredki, które z ogromnym zapałem eksploatowałam. Pochłaniały mnie prace ręczne i malowanie. Z czasem typowe dziecięce laurki zamieniały się w prezenty w postaci lepszych lub gorszych obrazów. Z dumą patrzyłam na nowe prace, które zajmowały kolejne ściany mieszkania. Na chwilę obecną wszystkie obrazy, które zdobią ściany rodzinnego domu, są mojego autorstwa. Nie mam wątpliwości – znaczny wpływ na rozwój mojej pasji miała i ma nadal moja ciocia, która sama kształciła się na poznańskiej ASP i odkąd pamiętam, zachęcała mnie do pracy artystycznej.
- Czytaj również: Co czeka apteki tego lata?
Po dzień dzisiejszy z sentymentem wspominam pierwszy plener malarski, na który mnie zabrała. Miałam wtedy siedem lat i niewiele wiedziałam o technikach malarskich. Bardzo podobała mi się atmosfera tych wyjazdów. Spokój, obcowanie z naturą, z ludźmi, których łączy ta sama pasja i niecodzienny plan dnia. Minęło nieco ponad dwadzieścia lat, a ja nadal potrafię umówić się z ciocią na „artystyczny weekend”. I podejrzewam, że gdyby nie te spotkania, niejednokrotnie na dłuższą chwilę odstawiłabym kredki i zapomniała o rysunku, wpadając w wir bieżących zadań. 104 Z perspektywy czasu widzę, jak wiele zawdzięczam ludziom, których spotykam. W szkołach spotkałam bardzo wspierających i życzliwych nauczycieli uczących plastyki, którzy wierzyli w moje możliwości i motywowali do rozwoju w zakresie rysunku i malarstwa.
Czy był taki moment, że właśnie ze sztuką wiązała Pani swoją przyszłość?
W dzieciństwie chciałam być z zawodu… m.in. malarzem rzemieślnikiem! Na poziomie gimnazjum zastanawiałam się nad wyborem studiów na Akademii Sztuk Pięknych, głównie myśląc o architekturze. Bazując na analizach, opiniach czytanych w internecie i opinii publicznej, zdawałam sobie sprawę, że malarstwo artystyczne samo w sobie jest ryzykownym wyborem pod względem finansowym – już wtedy zaczęłam różnicować marzenia zawodowe i pasje.
W moim odczuciu pasja, która staje się głównym źródłem dochodu, umiera i staje się przykrym obowiązkiem. Dlatego to wybór zawodowy warto uczynić pasją – nie odwrotnie. Inną rzeczą jest przyjmowanie pojedynczych zamówień na obraz czy rysunek, gdzie można podyskutować nad zamysłem, zaproponować coś od siebie, przemyśleć swoje pomysły, poeksperymentować i z satysfakcją spojrzeć na efekt końcowy oraz szczere zadowolenie odbiorcy, a zupełnie inną – ciągły stres związany z krótkimi terminami na wykonanie kolejnego rysunku, częsty brak pomysłu albo ponawianie wypróbowanego już standardu, żeby usprawnić „wykonanie rzemiosła”. Ostatecznie bardzo się bałam, że stracę swój własny sposób na odprężenie i relaks.
Przeczytałeś tylko 30% wywiadu!
Całość dostępna w najnowszym numerze magazynu MGR.FARM!











