Amerykańscy eksperci mówią o „niepokojącym wzroście”, jaki czeka niektóre części kraju. Wszystko dlatego, że mieszkańcy nie stosują się do zaleceń związanych z zachowaniem dystansu społecznego, a część stanów otwiera się, mimo braku odpowiednich planów testowania oraz procedur ustalania kontaktów zakaźnych.
Coraz więcej chorych
Ostrzeżenie specjalistów nadeszło w ubiegły wtorek, a więc w tym samym dniu, w którym w stanie Arizona odnotowano rekordową liczbę zarażeń, a w Arizonie i Teksasie – rekordową liczbę hospitalizacji. W zeszłym tygodniu, Teksas, Floryda, Arizona i przynajmniej siedem innych stanów, zarejestrowało natomiast najwyższe średnie tygodniowego wskaźnika infekcji. Także we wtorek, w całym kraju liczba zarażonych COVID-19 wyniosła 33 730 osób, co jest najwyższym wynikiem od 25 kwietnia (czytaj również: USA: Walgreens wznawia szczepienia przeciw grypie).
Co na to eksperci
Anthony Fauci, dyrektor National Institute of Allergy and Infectious Diseases i specjalista od chorób zakaźnych, twierdzi, że kraj w dalszym ciągu znajduje się w środku pierwszej fazy, ponieważ liczby osób zarażonych oraz przypadków śmiertelnych, nie osiągnęły jeszcze wystarczająco niskiego poziomu.
Tymczasem Prezydent Trump, Wiceprezydent Pence i inni urzędnicy Białego Domu, nie przejmują się rosnącą ilością potwierdzonych zakażeń, twierdząc, że jest ona w dużej mierze powodowana wzrostem liczby przeprowadzanych testów (zobacz także: USA: apteki przygotowują się na gwałtowny wzrost szczepień na grypę w tym sezonie).
Eksperci z dziedziny zdrowia nie mają jednak wątpliwości: obecna, trudna sytuacja ma być wynikiem otwierania się kolejnych stanów oraz zachowania mieszkańców, którzy zbierają się na ograniczonej przestrzeni i nie zachowują reguł dystansu społecznego ani nie noszą maseczek.










