REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
śr. 24 czerwca 2020, 12:50

Wrocławska recepta na epidemię…

Wszystko już kiedyś się zdarzyło. Nie jesteśmy wyjątkowi wobec historii świata. Choć zwykliśmy sądzić, że przydarzają nam się sprawy absolutnie unikatowe, to w skali makro wszystko było już przed nami. Weźmy na przykład takie epidemie…

Ospa we Wrocławiu - 1963 r. - Grażyna Trzaskowska Epidemia czernej ospy we Wrocławiu w 1963 roku. Wrocław Stowarzyszenie na rzecz Promocji Dolnego Śląska, 2008. ISBN 978-83-923255-9-8.
Ospa we Wrocławiu - 1963 r. - Grażyna Trzaskowska Epidemia czernej ospy we Wrocławiu w 1963 roku. Wrocław Stowarzyszenie na rzecz Promocji Dolnego Śląska, 2008. ISBN 978-83-923255-9-8.

Lonia Kowalczyk właśnie zdała ostatni egzamin w szkole pielęgniarskiej. Miała 27 lat, uporała się w końcu z ogromem nauki i nabrała już nieco pewności siebie w czasie pracy w szpitalu. Był upalny wrocławski lipiec 1963 roku i nic nie zwiastowało, by przypadek miał pokrzyżować jej plany. Od kilku dni dręczyło ją co prawda gorsze samopoczucie – bóle w okolicy krzyżowo-lędźwiowej, osłabienie i uczucie rozbicia – ale zrzucała to na karb mozolnej pracy i brak możliwości dłuższego odpoczynku. Lonia nie lubiła sobie odpuszczać – zwykle realizowała założone plany, a przy tym była podobno uroczą, uśmiechniętą i oddaną pielęgniarką.

REKLAMA

Tym większe zaskoczenie wywołało zgłoszenie się Loni po dyżurze do szpitala, w którym pracowała. Z miejsca uwierzono, że pielęgniarka faktycznie musi być poważnie chora – nie słyszano dotąd, żeby skarżyła się komukolwiek czy narzekała nawet w obliczu ciężkiej pracy.

Początkowo podejrzewano zwykłe wyczerpanie, potem mówiono o zapaleniu płuc. Gdy jednak na ciele Loni pojawiła się tajemnicza wysypka, lekarze zaczęli myśleć o chorobie zakaźnej – szkarlatynie lub odrze. Wezwany specjalista chorób zakaźnych prychnął jednak z niezadowoleniem – to nie jego działka, Lonia najpewniej cierpi na reakcję uczuleniową po podaniu antybiotyku. Coraz mądrzejsze medyczne głowy pochylały się nad łóżkiem pielęgniarki, jej stan pogarszał się jednak z godziny na godzinę. Zebrało się konsylium lekarskie, któremu przewodniczył sam rektor Akademii Medycznej we Wrocławiu. Rozpoznano białaczkę, złośliwą postać choroby, która faktycznie w kilka dni może poczynić podobne spustoszenia w organizmie. Nikt z zebranych nie wydawał się jednak do końca usatysfakcjonowany postawioną diagnozą: po pierwsze, była ona tragiczna w skutkach dla Loni, po drugie – podskórnie większość z nich czuła, że coś tu się nie zgadza.



Lonia zmarła, zanim dotarły ostatnie wyniki analizy krwi, w piątej dobie hospitalizacji. Kiedy rektor je w końcu otrzymał, odczytał je w zadumie. Pielęgniarka zdecydowanie nie cierpiała z powodu białaczki. Co w takim razie zabiło młodą, pełną życia dziewczynę, nie pozostawiając jej nawet czasu na pożegnanie z bliskimi?

REKLAMA
REKLAMA

Odpowiedź była już blisko. Powiązanie wszystkich przypadków tej samej choroby jest łatwe post factum, kiedy ma się przed sobą już wszystkie elementy łamigłówki. Patrząc ze środka, tkwiąc w epicentrum choroby, błądzi się we mgle i z trudem wyłapuje znaczące fakty. Tak było i w tym przypadku. Gdy w szpitalu Rydygiera umierała Lonia Kowalczyk, na terenie Wrocławia przebywało już kilka innych osób dotkniętych tą samą chorobą. W szpitalu zakaźnym na Piwnej hospitalizowany był doktor Zawada, u którego koledzy rozpoznali ospę wietrzną o ciężkim przebiegu z uwagi na wiek chorego. Chorował również brat Loni, który zaraził się podobnie, jak siostra, od swojej matki, pracującej jako salowa. Matka Loni – salowa Pałubińska – miała styczność z pacjentem zero w czasie sprzątania sali chorych, na której przebywał zakażony.

Towarzysz „zero”

Tożsamość pacjenta zero przez lata pozostawała objęta tajemnicą. Podróżnik? Obcokrajowiec? Dopiero po latach ujawniono, że był to wysoko postawiony funkcjonariusz Służb Bezpieczeństwa, który służbowo przebywał w Indiach. 2 czerwca 1963 roku, tuż po powrocie, Bonifacy Jedynak, bo o nim mowa, zgłosił się do szpitala MSW we Wrocławiu z bólem gardła, uogólnionymi bólami mięśniowymi, gorączką i uczuciem rozbicia. Diagnozę postawiono stosunkowo szybko – towarzysz Jedynak miał we krwi zarodźca malarii, wobec czego wszystkie towarzyszące mu objawy zrzucono na karb tej choroby. Pacjent stopniowo wracał do siebie, nikt nie pomyślał więc o stawianiu alternatywnej diagnozy. Od funkcjonariusza SB zaraziła się salowa Pałubińska – matka Loni. U niej choroba miała jednak przebieg poronny, co uśpiło czujność wszystkich. Ospa zebrała dopiero pokaźne żniwo dalej – Lonia zmarła, a przed śmiercią zaraziła 31 osób

Wjazd do izolatorium - Grażyna Trzaskowska Epidemia czernej ospy we Wrocławiu w 1963 roku. Wrocław Stowarzyszenie na rzecz Promocji Dolnego Śląska, 2008. ISBN 978-83-923255-9-8.
Wjazd do izolatorium – Grażyna Trzaskowska Epidemia czarnej ospy we Wrocławiu w 1963 roku. Wrocław Stowarzyszenie na rzecz Promocji Dolnego Śląska, 2008. ISBN 978-83-923255-9-8.

Patrząc na sytuację wstecznie, zauważono jeden niezwykle istotny szczegół, który przesądził o rozpoznaniu. Na sali razem z chorą Pałubińską przebywał czteroletni chłopiec chorujący na ospę wietrzną. Dziecko było w szpitalu samo – salowa próbowała opiekować się nim najlepiej, jak umiała: czytała mu bajki, tuliła i usypiała. W dwunastej dobie pobytu, tuż przed wypisem, chłopiec zaczął ponownie gorączkować, a jego skórę pokryła znów charakterystyczna ospowa wysypka. Wiadomo zaś, że na ospę wietrzną nie można zachorować dwa razy i to w tak krótkim czasie.

Okazało się, że istnieje jednak choroba podobna do ospy wietrznej, ale mająca dużo cięższy przebieg. Choroba, której wydawało się, że już nie ma. A na pewno nikt nie spodziewał się jej w latach sześćdziesiątych w centrum Europy. Ospa prawdziwa, zwana też czarną ospą, znalazła jednak sposób, by razem z Bonifacym Jedynakiem dotrzeć na terytorium Polski i wywołać tu niemałe zamieszanie.

REKLAMA
REKLAMA
Ikona Google News
mgr.farm na Google News Śledź najnowsze wiadomości
Dołącz do nas
REKLAMA