REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
śr. 24 czerwca 2020, 12:50

Wrocławska recepta na epidemię…

Wszystko już kiedyś się zdarzyło. Nie jesteśmy wyjątkowi wobec historii świata. Choć zwykliśmy sądzić, że przydarzają nam się sprawy absolutnie unikatowe, to w skali makro wszystko było już przed nami. Weźmy na przykład takie epidemie…

Ospa we Wrocławiu - 1963 r. - Grażyna Trzaskowska Epidemia czernej ospy we Wrocławiu w 1963 roku. Wrocław Stowarzyszenie na rzecz Promocji Dolnego Śląska, 2008. ISBN 978-83-923255-9-8.
Ospa we Wrocławiu - 1963 r. - Grażyna Trzaskowska Epidemia czernej ospy we Wrocławiu w 1963 roku. Wrocław Stowarzyszenie na rzecz Promocji Dolnego Śląska, 2008. ISBN 978-83-923255-9-8.

REKLAMA

Ponieważ ospa wietrzna i ospa prawdziwa wykazują sporo podobieństw, chłopiec mający świeże przeciwciała p/ospowe wydobrzał i doszedł do siebie. Zachorował też doktor Zawada opiekujący się Pałubińską i to właśnie u niego epidemiolog ze Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej Bogusław Arendzikowski rozpoznał ospę prawdziwą. A może po prostu jako pierwszy miał odwagę wypowiedzieć na głos słowa, które inni chowali w zakamarkach umysłu i nie mieli odwagi ich wydusić. Informacja o ospie zelektryzowała władze miasta. Z jednej strony obawiano się pomyłki – podniesienie alarmu epidemicznego z powodu wiatrówki (jak powszechnie zwaną ospę wietrzną) mogło skończyć się nie lada kompromitacją. Z drugiej – przegapienie kiełkującej epidemii czarnej ospy byłoby tragiczne w skutkach. Zawiadomiono władze partii w Warszawie, prosząc o pomoc.

Masowe szczepienia i kwarantanna

Wiadomości nie dało się trzymać już dłużej w tajemnicy. Należało rozpocząć masowe szczepienia osób nieodpornych, organizować szpitale ospowe przeznaczone tylko dla osób chorych (dziś powiedzielibyśmy: jednoimienne), zakładać izolatoria dla osób podejrzanych o kontakt, którzy muszą zostać poddani czternastodniowej kwarantannie. Trzy wrocławskie szpitale uznane za epicentra choroby musiały zostać zamknięte dla nowych pacjentów, a personel wraz chorymi poddać się kwarantannie. Jak się później okazało – słusznej, bo w przeciągu kilku dni zachorowały jeszcze cztery osoby z personelu szpitala Rydygiera. Jak zareagowano na te ograniczenia wolności? Kiedy minął pierwszy strach, odnotowano kilkanaście przypadków prób wydostania się ze szpitali. Rodzice próbowali wykraść hospitalizowane tam dzieci, personel pomocniczy starał się uciec przez okienko piwniczne, a trzech chorych w iście gangsterskim stylu uciekło samochodem, terroryzując wcześniej kierowcę strzykawką z dużą igłą [1].

Epidemia była czymś zupełnie nieoczekiwanym w letnich, upalnych dniach miasta, które tętniło życiem. Odpowiadano na nią strachem, ale też próbą zaprzeczenia czy podważaniem wiarygodności władzy. Nowym elementem krajobrazu stali się pracownicy Sanepidu krążący po mieście w białych kitlach i zwiastujący kłopoty.

Dla powstrzymania choroby najważniejsze było zaszczepienie jak największej liczby osób, co powstrzymałoby możliwość krążenia wirusa w populacji. Codziennie przez punkty szczepień przechodziło kilkanaście tysięcy ludzi. Najczęściej zgłaszali się dobrowolnie, niekiedy całymi rodzinami. Do minimum zredukowano przeciwwskazania do szczepienia. Akcja przebiegała nadspodziewanie dobrze, choć w półmilionowym mieście znaleźli się i tacy, którzy bronili się przed szczepieniem dla samego uporu. Omijali punkty szczepień, nie reagowali na wezwania albo próbowali zdobyć „lewe” zaświadczenia – podobno można było takie nabyć od babć klozetowych. Aresztowano również dwóch wrocławian, którzy wyłudzali od mieszkańców opłaty za sprowadzenie szczepionki doustnej, niedającej rzekomo powikłań.

REKLAMA
REKLAMA

Szczepienie p/ospowe musiało być powtarzane, jeśli „nie przyjęło się”, to znaczy nie powstał miejscowy odczyn zapalny. W ten sposób pominięto właśnie efektywne szczepienie towarzysza Jedynaka – pośpiech i konieczność szybkiego wyjazdu spowodowały, że brak odczynu poszczepiennego zlekceważono i podbito ważną kartę szczepień. Ospa skrzętnie wykorzystała tę furtkę, którą jej otworzono.

W pośpiechu zorganizowano pierwsze izolatorium na Psim Polu i w Praczach Odrzańskich (a także kilka innych, pomniejszych). Zwożono tam osoby, które kontaktowały się z chorymi, a łańcuszek ten z dnia na dzień stawał się coraz dłuższy. Sanepidowi wymknął się z rąk między innymi taksówkarz, który wiózł jedną z chorych do szpitala. Po całym Wrocławiu szukano mężczyzny w trabancie, w średnim wieku i kraciastej koszuli – bezskutecznie.

Przeczytałeś tylko 40% artykułu…
Całość dostępna w najnowszym numerze magazynu MGR.FARM



REKLAMA
REKLAMA
Ikona Google News
mgr.farm na Google News Śledź najnowsze wiadomości
Dołącz do nas
REKLAMA