REKLAMA
Magazyn mgr.farm

Historia pewnego leku: tarczycowy dubler

czw. 21 maja 2020, 15:35

Tarczyca – mityczny gruczoł, do którego odwołujemy się, tłumacząc nasze problemy z wagą, zmęczeniem, sennością czy rozdrażnieniem. Prawdą jest, że ten niewielki narząd potrafi uczynić niezły bałagan w gospodarce hormonalnej organizmu. Kiedy go jednak zabraknie, mamy się jeszcze gorzej. Jak radzono sobie z tym przed odkryciem lewotyroksyny? Co wspólnego mają ze sobą owce, tarczyca i młody angielski lekarz?

Już w roku 1890 podejmowano próby transplantacji tkanek tarczycy owcy w miejsce usuniętego gruczołu tarczowego (fot. Shutterstock)
Już w roku 1890 podejmowano próby transplantacji tkanek tarczycy owcy w miejsce usuniętego gruczołu tarczowego (fot. Shutterstock)

Tyroksyna w czystej postaci została po raz pierwszy wyizolowana w Mayo Clinic w 1914 roku ze świńskiej tarczycy. Jakkolwiek będziemy się wzbraniać, świnie to zwierzęta niezwykle do nas podobne. Obserwacje na nich poczynione niejednokrotnie sprawiły, że medycyna poczyniła prawdziwe kroki milowe. Za izolację tyroksyny odpowiedzialny był Edward Calvin Kendall – amerykański chemik, którego inne odkrycia (jak steroidy czy glutation) były jeszcze bardziej spektakularne i zepchnęły lewotyroksynę do przedziału pobocznych osiągnięć. Dokonanie to jednak było ogromne. Aby uzmysłowić sobie jego skalę, warto podkreślić, że Kendall uzyskał 7 gramów tyroksyny z 3000 kg świńskiej tarczycy. Pomimo niewielkiej wydajności tego procesu, przełom został dokonany. Dla chorych z niedoczynnością tarczycy otworzył się nowy rozdział medycyny.

Niedoczynność tarczycy to schorzenie, które dręczyło ludzkość na długo przed urodzeniem Kendalla. Szczególnie tragiczną sytuacją był niedobór hormonów tarczycy u zdrowych dzieci, u których w wyniku braku jego suplementacji w ciągu kilku lat rozwijały się pełnoobjawowe upośledzenia psychiczne i nie miały one nigdy szans dorównać swoim rówieśnikom. Aby jednak poznać sposób leczenia, konieczne jest wcześniejsze poznanie problemu. Tarczyca tymczasem przez wieki skrywała przed anatomami i fizjologami swoją prawdziwą funkcję (czytaj również: O lewotyroksynie słów kilka…).

REKLAMA

Odkrywanie tarczycy

Istniało wiele teorii odpowiadających na pytanie: po co tak naprawdę człowiekowi tarczyca? Być może tarczyca stanowi barierę naczyniową i chroni mózg przed nadmiernym przepływem naczyniowym? Bierze udział w powstawaniu głosu, wytwarzając substancję powlekającą krtań? Wytwarza szczególnej mocy płyn, który następnie pompuje do układu żylnego? Teorie mnożyły się przez lata, ale dopiero XIX wiek przyniósł rozwiązanie zagadki.

REKLAMA

W 1873 roku sir William Withey Gull zaprezentował przypadki wtórnych zmian u młodych kobiet – postępującej modyfikacji wyglądu oraz zaburzeń psychicznych, prowadzących finalnie do zgonu. W badaniu sekcyjnym nie udawało się zwykle odnaleźć funkcjonalnej tkanki tarczycy. Co ciekawe, Gull w osiemdziesiątą rocznicę swojej śmierci stał się bohaterem telewizyjnego śledztwa. Podejrzewano, że to właśnie on jest nigdy nie schwytanym Kubą Rozpruwaczem – londyńskim mordercą młodych kobiet, który z pewnością posiadał doświadczenie w pracy sekcyjnej. Gull zabrał tę tajemnicę do grobu, ale pozostawił po sobie istotne prace dotyczące funkcjonowania gruczołu tarczowego. Coraz więcej lekarzy uświadamiało sobie, że podobne przypadki wystąpiły również w ich praktyce medycznej. Choroba zyskała nazwę „obrzęk śluzowaty“. Znając chorobę, można zaś było poszukiwać skutecznego leczenia.

Już w roku 1890 podejmowano próby transplantacji tkanek tarczycy owcy w miejsce usuniętego gruczołu tarczowego. Eksperyment ten nie miał szans powodzenia, ale wyznaczył kierunek i chęć podejmowania ryzyka. W kolejnym etapie młody angielski lekarz George Murray podjął próbę iniekcji ekstraktu uzyskanego z owczych tarczyc. Ponieważ na jego doświadczenie medyczne składały się tylko trzy lata samodzielnej praktyki, Murray nie miał łatwo. Jego pomysł powszechnie krytykowano, porównując sposób terapii do leczenia porażenia czterokończynowego emulsją z rdzenia kręgowego. Doświadczenia Murraya nazywano organoterapią i wrzucano do wspólnego worka z innymi szarlatańskimi metodami.

Młody adept sztuki medycznej zdawał się jednak nic sobie nie robić z krytyki. Być może do trwania w słuszności własnych przekonań skłaniały go obserwowane efekty. Wystarczały dwie podskórne iniekcje tygodniowo, by spektakularnie odmieniać los chorych. Leczenie to, choć obarczone wieloma wadami, ratowało życie, zwłaszcza młodych kobiet, u których stopniowo rozwijała się niedoczynność tarczycy. W epoce przed Murrayem pacjentki te stawały się jedynie kolejnymi ofiarami „kretynizmu młodzieńczego“ i obrzęku śluzowatego, jakie towarzyszyły ciężkiej postaci niedoczynności.

REKLAMA

Kiedy środowisko naukowe w końcu zawierzyło Murrayowi, podjęto próby suplementacji doustnej ekstraktem z owczych tarczyc. Według doniesień miał on smak tak okropny, że zalecono przyjmowanie go jedynie zmieszanego z pastą z anchois lub kieliszkiem brandy – nic innego nie mogło zabić paskudnego posmaku. Leczenie było uciążliwe i nie zawsze dawało łatwe do przewidzenia efekty – dochodziło do częstych przedawkowań hormonów tarczycy i związanych z tym nieprzyjemnych dolegliwości: kołatań serca czy gwałtownego wzrostu temperatury. W obliczu braku innej skutecznej terapii pacjenci nie wahali się jednak podjąć takiego ryzyka.

REKLAMA
REKLAMA

Jak oceniasz artykuł?

Twoja ocena: Jeszcze nie oceniłeś/aś artykułu

Udostępnij tekst w mediach społecznościowych

0 komentarzy - napisz pierwszy Komentujesz jako gość [ lub zarejestruj]