Jednym ze współczesnych problemów informacyjnych jest nadmiar komunikatów, jakimi bombardowani są odbiorcy. Chcąc znaleźć wiarygodne informacje, trzeba się przedrzeć przez gąszcz treści, które mają niewiele wspólnego z rzetelnym i godnym zaufania przekazem. Przykładem są tzw. fake newsy, które dezinformują, łącząc w sobie pewne elementy prawdziwe z różną dawką manipulacji przekłamań. Wszystko po to, by wywołać jak największe zainteresowanie odbiorców oraz odpowiednią klikalność.
– Twórcy fake newsów celowo i świadomie wprowadzają odbiorców w błąd. Czerpią z tego tytułu różnorodne korzyści – najczęściej finansowe, propagandowe czy polityczne. Zależy im również na zwiększaniu rozpoznawalności i zasięgów, by docierać z kolejnymi przekazami do większej liczby osób, a później, odwołując się do statystyk, kształtować wizerunek bardzo popularnego źródła informacji wśród setek tysięcy odbiorców, co wpływa także na przypisywanie mu cech wiarygodności – pisze w najnowszym numerze MGR.FARM, dr Anna Rogala, adiunkt w Katedrze Strategii Marketingowych Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.
Ekspertka zwraca uwagę, że to bardzo niebezpieczny mechanizm, który może doprowadzić nie tylko do zafałszowanego postrzegania otaczającej nas rzeczywistości. W przypadku treści dotyczących zdrowia w skrajnych przypadkach, może też zagrozić bezpieczeństwu, a nawet życiu. Z tego powodu tak ważne jest weryfikowanie prawdziwości podawanych informacji. W czasach prawdziwego wysypu fake newsów jest to bardzo przydatny i pragmatyczny nawyk.
Pseudoeksperci i celebrytyzacja pseudonauki
W przestrzeni medialnej pojawia się ostatnio coraz większa liczba „ekspertów na każdą okazję”. W rolach tych bardzo często występują aktorzy, piosenkarze, blogerzy, modelki czy inni celebryci. Pół biedy, jeśli wypowiadają się na temat tego, gdzie jechać na wakacje czy jak urządzili swoje mieszkanie. Znacznie gorzej, gdy biorą na „warsztat” tematy, o których wypowiadać się mogą, ale z perspektywy własnych doświadczeń, a nie z pozycji ekspertów, których do formułowania opinii upoważnia stosowne wykształcenie, wiedza i doświadczenie (czytaj również: Czy grozi nam celebrytyzacja pseudonauki?).
– Celebryci, specjaliści od wszystkiego oraz pseudoeksperci świadomie lub nieświadomie stosują tzw. technikę etykietowania. W skrócie polega ona na tym, że przypisuje się określone cechy, postawy czy poglądy innym ludziom. W tym przypadku fanom czy obserwatorom. A później wyraża się prośby, których spełnienie jest dowodem na to, że rzeczywiście tacy są. Przykładem może być apel w stylu: „Wiem, że tak jak mnie, zależy wam na życiu w zgodzie z własnym organizmem. Jesteście mądrymi, świadomymi ludźmi, którzy nie dają sobą manipulować i nie wierzą w zbawcze działanie leków, które tak naprawdę zatruwają nasz organizm i jedyne dobro, jakie czynią, to przynoszenie zysków producentom. Przekazujcie zatem dalej link dotyczący zbawczej mocy energii ziemi, który udostępniam, by więcej osób mogło świadomie i racjonalnie zadbać o swoje zdrowie w tych trudnych czasach” – pisze Anna Rogala.
Jak wskazuje ekspertka duży wpływ na odbiorców ma także to czy „lubimy” danego celebrytę. Badania dowodzą, że wolimy mówić „tak” tym osobom, które lubimy i znamy. Częściej spełniamy więc ich prośbę czy powielamy ich opinie na jakiś temat. O sympatii do danej osoby decyduje w dużej mierze jej atrakcyjność fizyczna. To tłumaczy też wysoki odsetek ludzi obiektywnie atrakcyjnych wśród „ekspertów na każdy temat”.










