REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
wt. 9 czerwca 2020, 13:34

Morfiniści, porcjarze i przedwojenne fałszowanie recept…

Przedwojennych narkomanów najczęściej nazywano morfinistami lub kokainistami, a samo zjawisko morfinomanią. Nieprzypadkowo zresztą, bowiem źródeł narkomanii upatrywano w medycynie, a ściślej w środkach uśmierzających ból. Zachęcamy do lektury fascynującego artykułu Biuro Edukacji Historycznej Muzeum Policji

Już przed II wojną światową rynku krążyły fałszywe recepty lekarskie, upoważniające do zakupu morfiny i kokainy w aptekach (fot. Biuro Edukacji Historycznej Muzeum Policji)
Już przed II wojną światową rynku krążyły fałszywe recepty lekarskie, upoważniające do zakupu morfiny i kokainy w aptekach (fot. Biuro Edukacji Historycznej Muzeum Policji)

Biuro Edukacji Historycznej Muzeum Policji przygotowało fascynujący artykuł opisujący przedwojenną historię walki z narkotykami. Okazuje się, że jednym z najpopularniejszych i najbardziej skutecznych była wówczas morfina. Masowo stosowali ją w okresie I wojny światowej  lekarze frontowych w celu złagodzenia cierpień rannym żołnierzom. Szybko zauważono, że poprawia ona również samopoczucie i dodaje energii także ludziom zdrowym. Podobnie jak jej bliźniacza siostra – kokaina.

REKLAMA

– Niestety, obydwie substancje miały jeden poważny defekt – mocno uzależniały, wywołując u narkomana tzw. głód narkotykowy, któremu tylko niewielu uzależnionych było w stanie się oprzeć. Większość wchodziła więc na drogę przestępstwa, starając się za wszelką cenę zdobyć narkotyk lub środki na jego zakup. Kradzieże, rozboje, a nawet zabójstwa popełniane pod jego działaniem  nie były wówczas czymś wyjątkowym – czytamy w artykule.

Jak podaje Stanisław Milewski w swej książce „Ciemne strony międzywojnia”, powołując się na informacje z dziennika „Rzeczpospolita” z 15 sierpnia 1929 r., w samej tylko Warszawie było wówczas ok. 15 tys. narkomanów, stale zażywających kokainę, morfinę, opium i eter. Na ile wiarygodne są te dane, trudno powiedzieć, bowiem dziennikarz opisujący zjawisko przyznał, że informacje zbierał bezpośrednio od „porcjarzy” (tak wówczas nazywano dilerów narkotykowych), czyli z niezbyt pewnego źródła (czytaj również: Krótka historia polskiego przemysłu farmaceutycznego).

Z Niemiec do Polski

Pierwsze narkotyki trafiły do Polski z Niemiec, głównie w drodze przemytu. Rozprowadzono je szybko osiągając bajońskie zyski. Jak obliczyła w 1933 r. „Gazeta Administracji i Policji Państwowej”, włamanie np. do sklepu przynosiło przestępcy średnio ok. 200 % zysku w stosunku do poniesionych kosztów (przy dużym ryzyku wpadki), natomiast szmugiel 1 kg kokainy o cenie rynkowej ok. 1500 zł, rozprowadzonej następnie w 20-miligramowych porcjach w ilości 50 tys., dawał gangom narkotykowym kwotę co najmniej 25 tys. zł (licząc tylko minimalną stawkę 50 gr. za porcję). Stanowiło to równowartość pięciu dobrych samochodów. Przy czym ryzyko wpadki było niewielkie, biorąc pod uwagę środki wykrywcze,  jakimi dysponowała wówczas Policja Państwowa.

Nic więc dziwnego, że świat przestępczy zacierał ręce: popyt na substancje odurzające ciągle rósł, przybywało też możliwości zdobycia narkotyków. Oprócz „porcjarzy”, na rynku krążyły fałszywe recepty lekarskie, upoważniające do zakupu morfiny i kokainy w aptekach. Innym pomysłem były „domy schadzek”, czyli zakonspirowane mieszkania, w których towarzysko zażywano narkotyki, nie stroniąc przy tym od uciech natury erotycznej (czytaj również: Historia pewnego leku: Chlorpromazyna i przełom w psychiatrii).

REKLAMA
REKLAMA

Na policję zaczęto też zgłaszać przypadki włamań do aptek oraz kradzieży recept z gabinetów lekarskich. Gazety codzienne coraz częściej informowały o rodzinnych tragediach i pospolitych przestępstwach popełnianych pod wpływem środków odurzających.

Pierwsze regulacje…

Skala zjawiska musiała szybko wzrastać, skoro już 22 czerwca 1923 r. Sejm uchwalił ustawę w przedmiocie substancji i przetworów odurzających (Dz.U. nr 72/1923, poz. 559), która zabraniała wytwarzania, przeróbki, przywozu i wywozu, przechowywania, handlu oraz wszelkiego w ogóle obiegu opium (…), haszyszu, morfiny, kokainy, heroiny, wszelkich ich soli i przetworów (…). Za złamanie tych zakazów  groziła kara więzienia od 3miesięcy do 5 lat oraz grzywna do 10 mln marek. Jeśli winowajca był lekarzem lub farmaceutą podlegał dodatkowo jeszcze obligatoryjnej karze pozbawienia prawa wykonywania zawodu na okres nie krótszy niż 3 lata lub na zawsze (art.7). W art. 8 natomiast zagrożono, że samo użycie w towarzystwie  środków odurzających, czyli udział w narkotykowym party, będzie uznane za występek i karane więzieniem od dwóch tygodni do roku oraz wysoką grzywną.

1 września 1932 r. wszedł w Polsce w życie nowy kodeks karny (Dz.U. nr 60/1932, poz. 571). Jeden z jego artykułów (244) stanowił: Kto bez upoważnienia udziela innej osobie trucizny odurzającej, podlega karze więzienia do lat 5 lub aresztu. Jak widać, już wtedy handlarzy narkotyków można było ścigać, opierając się na dwóch obowiązujących aktach prawnych.

Cały artykuł można przeczytać na stronie Biura Edukacji Historycznej Muzeum Policji

Oprac.: ŁW

REKLAMA
REKLAMA
Ikona Google News
mgr.farm na Google News Śledź najnowsze wiadomości
Dołącz do nas
REKLAMA