W aptece Rubin Chemists w Crown Heights, w Brooklynie, telefon wciąż odbierają znajome głosy. Farmaceuci w dalszym ciągu odpowiadają na pytania klientów, udzielają rady, zapisują informacje dotyczące recept i wysyłają leki do potrzebujących pacjentów. Współwłaściciel apteki, Krishna Inapuri, ma wrażenie, że placówka stoi przy Nostrand Avenue „od zawsze”. Chce on, aby tak było dalej – zwłaszcza w obliczu epidemii koronawirusa, która pustoszy jego dzielnicę i całe miasto (zobacz również: USA: rusza kampania “Twój Sąsiad” mająca na celu podkreślenie roli lokalnych farmaceutów).
– Nie mamy innego wyjścia. Musimy pozostać otwarci dla naszych pacjentów – deklaruje Inapuri.
Tymczasem, koronawirus uderza w Rubin Chemists i inne lokalne apteki w dwojaki sposób. Pierwszy z czynników, to czynnik ludzki. Inapuri opowiada, że wielu z jego pacjentów zaraziło się wirusem Covid-19. Niestety, przynajmniej dwie osoby zmarły.
– Czy je znałem? Tak, oczywiście – przyznaje mężczyzna.
Kolejny z problemów, to finanse. I to bynajmniej nie dlatego, że „interes się nie kręci”. Niezależne, lokalne apteki polegają na tzw. pharmacy benefit managers, a więc zasadniczo pośrednikach między zakładami ubezpieczeniowymi a aptekami, i ich refundacjach. W czasie epidemii, zwroty te jednak uległy zmniejszeniu. Apteki wysyłają pośrednikowi rachunki, lecz z coraz mniejszym efektem. Jak twierdzi Inapuri:
– Nakłada to dużą presję na farmaceutów.
Mimo to, jego apteka nie zwolniła – wyposażona w środki ochrony, takie jak szyby z pleksi i zaznaczone markerem odpowiednie odległości, w dalszym ciągu oczekuje na wezwania klientów (czytaj też: Wielka Brytania: lokalne apteki w obliczu kryzysu finansowego).










