Rozmowę tę można od niedawna obejrzeć na kanale „2sides” na YouTube. Jego autorką jest Justyna Obolewicz – młoda, ambitna farmaceutka (i jej mąż, choć akurat nie występuje w tym materiale). Rok spędzili na drugim krańcu świata, w Oceanii. Jednak nie były to tylko długie wakacje. W tym czasie poznali również nieco realia tamtejszego świata pracy. Justyna między innymi pracowała w nowozelandzkiej aptece. O tym, jak bardzo różni się tamtejszy rynek farmaceutyczny od naszego, postanowiła porozmawiać z ówczesną koleżanką z pracy, a owoc tej dyskusji zatytułowała „Dlaczego apteki w Polsce są zacofane?” Czy rzeczywiście jest aż tak źle (czytaj również: E-recepta w Szwecji. Jak to wygląda po drugiej stronie Bałtyku?)?
Dużo szersze uprawnienia i wiele leków od ręki
Oczywiście różnic jest całkiem sporo i część z nich znacząco wpływa na całą politykę gospodarki lekami oraz dostępność leków dla pacjentów. Pierwsza różnica dotyka mocno kompetencji farmaceutów (czytaj również: Czy farmaceuta podzieli los dinozaurów?). W stosunku do Polski nowozelandzcy aptekarze mogą wydawać część leków, które dla nas dostępne są wyłącznie po okazaniu recepty lekarskiej. Antykoncepcja tradycyjna i awaryjna, preparaty do oczu oraz zawierające antybiotyki, środki nasenne i kilka innych substancji pacjent może dostać od razu w aptece.
Jest jednak pewien wymóg. Musi zostać zebrany szczegółowy wywiad. Ponadto farmaceuci w Nowej Zelandii posiadają pewne uprawnienia, o które ich koledzy w Polsce cały czas walczą (choć nawet wewnątrz środowiska nie ma zgody w kwestii tego, czy na pewno tego chcą) – mogą wykonywać zastrzyki, przeprowadzać szczepienia i pewne drobne badania diagnostyczne. Jednak nie każdy pracownik apteki ma takie uprawnienia. Trzeba odbyć odpowiednie szkolenie, które gwarantuje prawidłowość i bezpieczeństwo terapii, czy przeprowadzonego zabiegu.
Inny system refundacyjny
Różnice dotyczą również refundacji terapii. W Nowej Zelandii terapia kosztuje 5$ (około 12,5 zł, czyli kwota podobna do wartości ryczałtu za lek recepturowy w Polsce) i wystarcza na 3 miesiące stosowania. Zawsze. Jeśli tylko dane wskazanie jest refundowane, a państwo pokrywa nawet antykoncepcję.
Oczywiście obniża to koszty leczenia dla pacjenta, ale w zamian to Pharmac (organizacja odpowiedzialna za gospodarkę lekami w Nowej Zelandii) decyduje, jaki producent dostarcza daną substancję. Nie ma więc problemu „zamienników” i niekiedy znaczących różnic cenowych między nimi. Z drugiej strony nie ma też wyboru (czytaj również: Jesteś farmaceutą? Twoja marka to twój kapitał!).
Czy farmaceuci i pacjenci są przygotowani na zmianę?
Czy takie rozwiązania byłyby możliwe w Polsce? Oczywiście pytanie to jest wielowątkowe i można by je rozbić na mniejsze problemy. Czy farmaceuci są na to przygotowani merytorycznie? Wydaje mi się, że jak najbardziej tak. Poza tym, dodatkowe uprawnienia wynikałyby ze szkoleń i kursów. Jest to pole do nadużyć, jednak tego typu system funkcjonuje na rynku usług medycznych (ze szczególnym uwzględnieniem medycyny estetycznej). Czy farmaceuci są przygotowani mentalnie? Na to pytanie wolałbym nie odpowiadać. A co najważniejsze – czy gotowi są na to pacjenci? Tu koniecznie muszę przytoczyć fragment rozmowy:
„Pacjenci wolą, żeby farmaceuta ocenił ich potrzebę do stosowania tych leków.”
Może to definiuje różnice między oboma krajami i ich podejściem do leków, aptek oraz farmaceutów. Świadomość pacjenta, że to, co kupuje w celu poprawy swojego stanu zdrowia, wcale nie koniecznie może mu służyć. Jednak jest bezpieczny, bo czuwa nad nim specjalista, który się na tym zna (czytaj również: Apteka bez barier).
Podział na entuzjastów i sceptyków
A jak do tego podchodzą osoby, które postanowiły skomentować ten materiał (w końcu to jest internet i tu każdy może się wypowiedzieć)? Co ciekawe, reakcje można podzielić na dwa obozy. W serwisie Youtube, gdzie znalazł się oryginalnie materiał, pojawiały się raczej głosy negatywne, umniejszające istniejące różnice lub próbujące szukać przyczyny niedociągnięć gdzie indziej, głębiej.
Z kolei w zamkniętej grupie na Facebooku, gdzie spotykają się głosy wyłącznie pracowników naszego rynku farmaceutycznego, video wywołało pewnego rodzaju entuzjazm, bez najmniejszego choćby sprzeciwu. Czy to jest odpowiedź na pytania o gotowość obu stron pierwszego stołu? Czy farmaceuci z niecierpliwością oczekują zmian, ale ogół społeczeństwa uważa, że jednak jest „ok”? A może ludzie po prostu nie wierzą już, że może być lepiej?










