REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
pon. 9 grudnia 2019, 13:39

Czy powinniśmy się wstydzić naszych aptek?

Do apteki chodzi każdy. Częściej, rzadziej, czasami, codziennie, do pracy… Ale niezależnie od powodu takiej wizyty, raczej nie zadajemy sobie pytania – jaki jest ich stan. Na jakich zasadach działają? Czy systemy, które (niekiedy niezmienione) funkcjonują od czasu PRL, ich nie ograniczają? Czy czeka nas kryzys apteczny? Takie pytania raczej nie padają… chyba że jest się farmaceutą. Ostatnio internet został wzbogacony o głos jednego z nich. A raczej jednej z nich. Krótka rozmowa Polki i Nowozelandki o aptekach, lekach i pacjentach sprawiła, że niektórzy zaczęli się zastanawiać, czy nie byłoby warto zaczerpnąć z cudzych rozwiązań.

Krótka rozmowa Polki i Nowozelandki o aptekach, lekach i pacjentach sprawiła, że niektórzy zaczęli się zastanawiać, czy nie byłoby warto zaczerpnąć z cudzych rozwiązań (fot. Shutterstock).

Rozmowę tę można od niedawna obejrzeć na kanale „2sides” na YouTube. Jego autorką jest Justyna Obolewicz – młoda, ambitna farmaceutka (i jej mąż, choć akurat nie występuje w tym materiale). Rok spędzili na drugim krańcu świata, w Oceanii. Jednak nie były to tylko długie wakacje. W tym czasie poznali również nieco realia tamtejszego świata pracy. Justyna między innymi pracowała w nowozelandzkiej aptece. O tym, jak bardzo różni się tamtejszy rynek farmaceutyczny od naszego, postanowiła porozmawiać z ówczesną koleżanką z pracy, a owoc tej dyskusji zatytułowała „Dlaczego apteki w Polsce są zacofane?” Czy rzeczywiście jest aż tak źle (czytaj również: E-recepta w Szwecji. Jak to wygląda po drugiej stronie Bałtyku?)?

REKLAMA

Dużo szersze uprawnienia i wiele leków od ręki

Oczywiście różnic jest całkiem sporo i część z nich znacząco wpływa na całą politykę gospodarki lekami oraz dostępność leków dla pacjentów. Pierwsza różnica dotyka mocno kompetencji farmaceutów (czytaj również: Czy farmaceuta podzieli los dinozaurów?). W stosunku do Polski nowozelandzcy aptekarze mogą wydawać część leków, które dla nas dostępne są wyłącznie po okazaniu recepty lekarskiej. Antykoncepcja tradycyjna i awaryjna, preparaty do oczu oraz zawierające antybiotyki, środki nasenne i kilka innych substancji pacjent może dostać od razu w aptece.

Jest jednak pewien wymóg. Musi zostać zebrany szczegółowy wywiad. Ponadto farmaceuci w Nowej Zelandii posiadają pewne uprawnienia, o które ich koledzy w Polsce cały czas walczą (choć nawet wewnątrz środowiska nie ma zgody w kwestii tego, czy na pewno tego chcą) – mogą wykonywać zastrzyki, przeprowadzać szczepienia i pewne drobne badania diagnostyczne. Jednak nie każdy pracownik apteki ma takie uprawnienia. Trzeba odbyć odpowiednie szkolenie, które gwarantuje prawidłowość i bezpieczeństwo terapii, czy przeprowadzonego zabiegu.

Inny system refundacyjny

Różnice dotyczą również refundacji terapii. W Nowej Zelandii terapia kosztuje 5$ (około 12,5 zł, czyli kwota podobna do wartości ryczałtu za lek recepturowy w Polsce) i wystarcza na 3 miesiące stosowania. Zawsze. Jeśli tylko dane wskazanie jest refundowane, a państwo pokrywa nawet antykoncepcję.

Oczywiście obniża to koszty leczenia dla pacjenta, ale w zamian to Pharmac (organizacja odpowiedzialna za gospodarkę lekami w Nowej Zelandii) decyduje, jaki producent dostarcza daną substancję. Nie ma więc problemu „zamienników” i niekiedy znaczących różnic cenowych między nimi. Z drugiej strony nie ma też wyboru (czytaj również: Jesteś farmaceutą? Twoja marka to twój kapitał!).

REKLAMA
REKLAMA

Czy farmaceuci i pacjenci są przygotowani na zmianę?

Czy takie rozwiązania byłyby możliwe w Polsce? Oczywiście pytanie to jest wielowątkowe i można by je rozbić na mniejsze problemy. Czy farmaceuci są na to przygotowani merytorycznie? Wydaje mi się, że jak najbardziej tak. Poza tym, dodatkowe uprawnienia wynikałyby ze szkoleń i kursów. Jest to pole do nadużyć, jednak tego typu system funkcjonuje na rynku usług medycznych (ze szczególnym uwzględnieniem medycyny estetycznej). Czy farmaceuci są przygotowani mentalnie? Na to pytanie wolałbym nie odpowiadać. A co najważniejsze – czy gotowi są na to pacjenci? Tu koniecznie muszę przytoczyć fragment rozmowy:

„Pacjenci wolą, żeby farmaceuta ocenił ich potrzebę do stosowania tych leków.”

Może to definiuje różnice między oboma krajami i ich podejściem do leków, aptek oraz farmaceutów. Świadomość pacjenta, że to, co kupuje w celu poprawy swojego stanu zdrowia, wcale nie koniecznie może mu służyć. Jednak jest bezpieczny, bo czuwa nad nim specjalista, który się na tym zna (czytaj również: Apteka bez barier).

Podział na entuzjastów i sceptyków

A jak do tego podchodzą osoby, które postanowiły skomentować ten materiał (w końcu to jest internet i tu każdy może się wypowiedzieć)? Co ciekawe, reakcje można podzielić na dwa obozy. W serwisie Youtube, gdzie znalazł się oryginalnie materiał, pojawiały się raczej głosy negatywne, umniejszające istniejące różnice lub próbujące szukać przyczyny niedociągnięć gdzie indziej, głębiej.

Z kolei w zamkniętej grupie na Facebooku, gdzie spotykają się głosy wyłącznie pracowników naszego rynku farmaceutycznego, video wywołało pewnego rodzaju entuzjazm, bez najmniejszego choćby sprzeciwu. Czy to jest odpowiedź na pytania o gotowość obu stron pierwszego stołu? Czy farmaceuci z niecierpliwością oczekują zmian, ale ogół społeczeństwa uważa, że jednak jest „ok”? A może ludzie po prostu nie wierzą już, że może być lepiej?


REKLAMA
REKLAMA
Ikona Google News
mgr.farm na Google News Śledź najnowsze wiadomości
Dołącz do nas
REKLAMA