Pod koniec ubiegłego tygodnia w portalu Noizz ukazał się artykuł dziennikarki, która postanowiła przetestować pilotaż antykoncepcji awaryjnej w aptekach. W publikacji opisuje swoje wrażenia i rozmowy z farmaceutami. Jej ocena funkcjonowania pilotażu, umożliwiającego farmaceutom wystawianie recept na tabletkę „dzień po”, nie jest najlepsza.
– Gdy trafiłam na aptekę, która je wystawia, musiałam odpowiedzieć — zamknięta w małym pokoiku z farmaceutką — na dziwne pytania przygotowane przez Ministerstwo Zdrowia. Finalnie receptę zdobyłam, ale nie było to ani komfortowe, ani szybkie – pisze autorka artykułu.
Katarzyna Pruszkiewicz relacjonuje, że już znalezienie apteki uczestniczącej w pilotażu jest trudne. Niektórzy farmaceuci pytani przez nią w aptekach, nie potrafili wskazać takiej apteki, albo twierdzili, że pilotaż jeszcze nie wystartował.
– Kilka razy usłyszałam, że dana apteka nie wzięła lub nie weźmie udziału w pilotażu, ponieważ „jest z tym za dużo papierologii”. W innych radzono mi, abym skorzystała z receptomatu – pisze dziennikarka.
Pilotaż antykoncepcji awaryjnej i „przeklikany” formularz
W Warszawie udało jej się znaleźć aptekę uczestniczącą w pilotażu. Okazało się, że była pierwszą kobietą, która przyszła by z programu skorzystać.
– Farmaceutka uznała, że nie będzie mnie o nic wypytywać, ani niczego tłumaczyć, ponieważ nie chce tracić mojego czasu. „Jest pani dorosła i wie, po co tu przychodzi”. Następnie przeklikałyśmy razem internetowy formularz, którego wypełnienie jest konieczne do wystawienia recepty. Jak przyznała farmaceutka, pytania w nim zawarte były „dziwne i tendencyjne”. Musiałam na przykład w skali od 1 do 5 ocenić, czy przekazane mi w teorii informacje sprawiły, że jestem świadoma skutków ubocznych, jakie mogą wystąpić po zażyciu tabletki „dzień po” oraz tych, które mogą się pojawić w przypadku ich nadużywania – relacjonuje dziennikarka.
- Czytaj również: Są wytyczne dla farmaceutów dotyczące antykoncepcji awaryjnej
Wypełnienie formularza zabrało kilkanaście minut. Następnie wróciły do głównej części apteki, gdzie farmaceutka wydała opakowanie leku. Dziennikarka nie otrzymała recepty, tylko od razu musiała wykupić lek.
– Finalnie udało mi się zdobyć receptę, ale nie było to ani komfortowe, ani szybkie. W okolicy, w której mieszkam, nie ma apteki biorącej udział w pilotażu. Po receptę pojechałam więc do apteki oddalonej od mojego domu o kilka kilometrów. Jestem jednak mieszkanką dużego miasta, więc mam prościej, ale co mają powiedzieć kobiety mieszkające na wsiach czy w mniejszych miasteczkach? – pyta dziennikarka.
- Czytaj również: Prowokacje feministek w aptekach przyniosą odwrotny skutek…
Jak przekonuje Katarzyna Pruszkiewicz w takich miejscach społeczność bardzo często się zna. Nie jest więc wykluczona sytuacja, gdy dziewczyna idzie do apteki po receptę i jest zmuszona opowiadać o swoim ostatnim stosunku seksualnym farmaceucie, który może znać ją, jej rodziców czy znajomych. Zdaniem dziennikarki „dyskretna” rozmowa w pokoju, nawet jeśli przeprowadza się ją w aptece w dużym mieście, miała dość małe znamiona komfortu.
Źródło: ŁW/NOIZZ










