Od początku lipca apteki biorą udział w Narodowym Programie Szczepień. Cześć z nich obawia się jednak informowania o tym pacjentów. Chodzi o możliwość naruszenia zakazu reklamy aptek. Komunikat w tej sprawie wydał niedawno Główny Inspektor Farmaceutyczny, który stwierdził, że w „oznaczeniu o prowadzonym punkcie szczepień nie może być żadnych innych treści wartościujących ani znaków graficznych, które zachęcałyby do skorzystania z usług i oferty apteki” (czytaj więcej: Czego nie może robić apteka prowadząca szczepienia przeciw COVID-19?).
Jak pisze Wyborcza, aptekarze boją się wprost podawać adresy i nazwy placówek, w których można się szczepić, bo obawiają się kar nadzoru farmaceutycznego. Nie wiedzą, czy za naruszenie nie zostanie uznana lista takich aptek opublikowana w prasie.
– Wiemy, jak absurdalnie to wygląda, ale za naruszenie zakazu reklamy grozi kara do 50 tysięcy złotych. Nie chcemy się narażać – mówi jeden z aptekarzy.
Dr Piotr Merks ze Związku Zawodowego Pracowników Farmacji zastanawia się w jaki sposób apteki mają dotrzeć do pacjentów z informacją o szczepieniu.
– Chciałbym na przykład wydrukować ulotki z adresem mojej apteki i rozdawać ludziom, żeby wiedzieli, gdzie przyjść. Ale konsultowałem się z prawnikami od prawa farmaceutycznego i paragraf 94 zakazuje mi takiego postępowania, bo będzie to działanie uznane za niedozwoloną reklamę – mówi Wyborczej.
To nie może być działanie marketingowe
Zapytany o tę kwestię Grzegorz Kaczor – zastępca WIF w Krakowie – zwraca uwagę, że kluczowa jest forma informowania o szczepieniach w aptece. Podkreśla też, że informacja o wszystkich punktach szczepień jest dostępna na stronach wojewódzkich oddziałów NFZ oraz rządowej mapie punktów szczepień. Można na niej wyfiltrować apteki w konkretnej lokalizacji (czytaj również: Szczepienia na razie tylko w 150 aptekach. Większość nadal czeka… na co? ).
– Myślę, że wszystko zależy od formy, w jaki sposób apteka przekazuje informację o swoim punkcie szczepień. Jeśli nie jest to powiązane na przykład z działaniem marketingowym, którego celem jest zachęta do zakupu asortymentu, to nie widzę problemu – mówi Kaczor.
Aptekarze ripostują jednak, że takie rozwiązanie byłoby wystarczające, gdyby nie fakt, że co trzeci Polak jest wykluczony cyfrowo.
– Nie każdy z „filtrowaniem apteki” sobie poradzi. Wiemy o tym aż za dobrze z naszej praktyki – komentuje anonimowo aptekarz dla Wyborczej.
Źródło: ŁW/Wyborcza










