Pacjentka, Pani Anna opowiada, że po powrocie do domu w reklamówce zobaczyła 20 kawałków zwykłej flizeliny z lekkim nacięciem na uszy, mimo że na drzwiach apteki przeczytała, że dostępne są maseczki jednorazowe.
– Nie sprawdziłam, jak długo utrzyma się na uszach. Przypomniałam sobie, jak konsultant w aptece pakował te maseczki. Owszem był w rękawiczkach, ale chwilę później podał mi tą samą ręką terminal do opłaty zakupów, czyli chronił raczej swoje ręce niż towar – relacjonuje pani Anna (czytaj również: “Maseczkowi spekulanci” zarabiają na dezinformacji. Padają rekordy…).
W celu uprzedzenia innych, pani Anna opublikowała zdjęcia zakupionych maseczek. Dziennikarze Gazety Lubuskiej zwrócili się w tej sprawie do Wojewódzkiego Inspektoratu Farmaceutycznego, który oznajmił:
– Jeżeli nie jest do środek medyczny, taki wyrób medyczny z określonych przyczyn powinien podlegać zwrotowi. Tak samo jak środki opatrunkowe i kosmetyki. Dodatkowo, jeżeli jakiś produkt sprzedaje się już bez opakowania, to farmaceuta powinien przekazać klientowi detaliczne informacje takie, jak między innymi opis produktu, instrukcja użytkowania czy przechowywania.
Portal gazetalubuska.pl poprosił również o komentarz dr. n. farm. Stefana Piechockiego:
– Warto zawsze sprawdzać, co to jest za maseczka, jakie ma przeznaczenie – mówi ekspert i dodaje – Z kolei też nie zamawiam tych partii masek za 6 zł netto za sztukę. Ponieważ wiem, że obecna sytuacja jest na tyle groźna, że ludzie są mocno rozemocjonowani i kupią wszystko, co może ich rzekomo uchronić przed Koronawirusem i wydadzą na to ostatni grosz. To się nazywa – wzbogacić na czyjejś biedzie.
Źródło: KB/gazetalubuska.pl










