Najpierw zniknęły maseczki. Z aptek (rzadziej, bo sporadycznie poszukiwane), a potem z hurtowni. Nas, aptekarzy, to nie dziwi. Stale trzymamy rękę na pulsie, więc rozumiemy, że asortyment sezonowy (np. szczepionki przeciw grypie) niekoniecznie jest dostępny. Przeważnie bywa, a nie jest. Zdziwieni są tylko pacjenci. My nie.
Nie inaczej było najpierw z maseczkami. Zniknęły z aptek i hurtowni farmaceutycznych, za to zmaterializowały się na portalach aukcyjnych. Ich cena rosła najpierw z dnia na dzień, a potem z godziny na godzinę (czytaj więcej: “Maseczkowi spekulanci” zarabiają na dezinformacji. Padają rekordy…). Screeny z ich cenami krążyły jak najbardziej popularne memy. Gdy cena osiągnęła 35 PLN z sztukę, przestałem się ekscytować tak specyficznie wynaturzonymi zasadami popytu i podaży. Wyszedłem z założenia, że prędzej czy później maseczki się pojawią, zaleją rynek, a ci, którzy się spóźnili i narobili niepotrzebnych zapasów, zostaną z nimi jak kultowy aktor Jan „Himilsbach z angielskim”.
W chwili obecnej maseczek jest pod dostatkiem, a ich specyficznie wykreowana niska cena stała się powodem do kolejnej serii zarzutów wobec aptek. Oczywiście chodzi o ceny. Ci sami ludzie, którzy w ciągu ostatnich tygodni, z dość roszczeniowych i wybrednych, stali się miłymi sąsiadami (nawet jeśli mieszkają daleko lub nie wiedzieli, gdzie są nasze apteki), proszącymi o zarezerwowanie paczek z maseczkami, gdy wreszcie się pojawią. I ci sami ludzie – w całej Polsce – znów krytykują aptekarzy za rzekome zawyżanie cen. My wiemy, że skoro rosły ceny w hurtowniach, musiały rosnąć w aptekach. Każda dostawa miała nowe – wyższe – ceny. W związku z czym rosły ceny detaliczne.
Doszło do tego, że Rzecznik Prasowy NIA wydał oświadczenie, że wyższe ceny nie są zawinione przez aptekarzy (czytaj więcej: Maseczki podrożały o blisko 700 proc. To nie wina aptekarzy… ). Po tej akcji medialnej ataki stały się rzadsze i mniej nasilone, choć nie zniknęły.
Niestety, to nie był koniec. Dla kupujących rząd wprowadził obowiązek noszenia rękawiczek podczas zakupów. Obowiązek okazuje się być niewykonalny, bo nagle prawie wszyscy obywatele chcą kupić rękawiczki, ale ani producenci, ani hurt lub detal nie są na to przygotowani. Skutek okazał się być identyczny jak w przypadku maseczek. Ceny poszybowały w górę. Obecnie w hurtowni farmaceutycznej cena w przeliczeniu za jedną sztukę wynosi około 90 groszy. Jednocześnie cena detaliczna w sklepach lub marketach oscyluje wokół 60-80 groszy, choć także widziałem oferty po 1,5 PLN. Tak duże rozbieżności cenowe są irytujące, ale – z punktu widzenia praw ekonomicznych – naturalne (czytaj również: Od dziś obowiązek zakrywania ust i nosa – ceny maseczek powinny spadać).
Pacjenci także komentują, że rękawiczek szukają w aptekach, gdyż ich ceny poza aptekami są za wysokie. Co ciekawe, nie słychać, by obwiniali producentów, hurtowników lub sprzedawców pozaaptecznych. Jednakże apteki są wyjątkiem. W nich ma być TANIO, SZYBKO I DOBRZE! Jak wiemy, te trzy elementy nigdy nie występują jednocześnie.
Nie jesteśmy „chłopcami do bicia”
Niestety, lata walki cenowej wyrobiły w aptekarzach różne, niekoniecznie dobre nawyki. Wielu za szczyt swych umiejętności uważa jak najniższe ceny. Dumping zwyciężył z rozsądkiem. Jakość kosztuje. Jej przeciwnością jest obniżanie standardu, choć w otoczeniu „perkalu i paciorków”. Nowoczesny wystrój niektórych aptek kontrastuje z brakiem farmaceuty lub jego wirtualną obecnością. Działania inspektorów WIF pokazują, że właścicielowi apteki – kimkolwiek jest – obecność magistra jest przeszkodą w sprawnej sprzedaży czegokolwiek, a więc zarabianiu z naruszaniem ważnych przepisów (czytaj również: Wielkopolska: Apteka traci zezwolenie za brak farmaceuty…).
Magister jest droższy od technika, zwłaszcza bezrefleksyjnego i przyzwyczajonego do pracy bez nadzoru. „Co może pójść nie tak”? Ileż razy musi się powtórzyć sytuacja z morfiną z Jarocina, byśmy wszyscy zrozumieli, że w naszym interesie jest bezwzględne przestrzeganie przepisów o obsadzie?
Z drugiej strony przez brak asertywności, aptekarze, a zwłaszcza aptekarki, są wygodnymi „chłopcami do bicia”. (Proszę mnie niewłaściwie nie zrozumieć. Chodzi mi o to, że z oczywistych powodów kobiety są mniej skore do twardego przeciwstawiania się, walki.) Chcemy i potrafimy pomagać ludziom, ale ci sami ludzie nas obrażają, gdy im próbujemy tłumaczyć przyczyny wzrostu cen w naszych aptekach lub niebezpieczną absurdalność pracy 24/7. Próbujemy udowadniać, że nie jesteśmy wielbłądami. To prawie niewykonalne. Prędzej by pomogło twarde przekazanie komunikatu, że albo pan kupuje za tę cenę, albo proszę opuścić aptekę.
Oczywiście, raczej nikt tak się nie zachowa. Raczej… Nie wypada, prawda? Owszem. Jednakże proszę zauważyć, że tylko twardy komunikat o suwerennym skróceniu godzin pracy i zaprzestaniu dyżurowania potrafi wyhamować władczą postawę niektórych starostów (czytaj więcej: Rawicz: Misją i etyką nie da się zwalczyć koronawirusa).
Na jednej szali kładziemy naszą, wspomnianą już, chęć pomocy pacjentom. Na drugiej jest postrzeganie nas przez pryzmat [zbyt wysokich] cen.
Przed nami jest „diabelska alternatywa”. Albo będziemy zdziercami, krwiopijcami, którzy „nie mają litości dla biednych ludzi”, ale będziemy mieć upragnione przez nich maseczki i rękawiczki. Albo nie będziemy ich mieć, ale ci sami ludzie nazwą nas przegrywami lub nieudacznikami. Wybór należy do nas, bo „mieszkamy w Polsce”.










