WP przytacza przykład z Kołak. Aptekarka z Białegostoku otworzyła tam małą aptekę. Codziennie rano przyjeżdżała do wsi i przez kilka godzin sprzedawała leki. Jednak po jakimś czasie zbankrutowała. Powodem było to, że mieszkańcy jeździli po leki do miasta, ponieważ tam było taniej. To sytuacja jakich wiele w takich malutkich miejscowościach (czytaj również: ZPA PharmaNET bije na alarm. Znikają apteki na wsiach?).
Brak chętnych, by prowadzić aptekę
Mieszkańcy wsi jeżdżą więc do większych miast po leki. Jednak, jak twierdzą, tam również bywa kiepsko z dostępnością lekarstw – szczególnie tych na poważniejsze schorzenia, np. nowotwory. Apteka w Kołakach zniknęła dwa lata temu. Wójt robił, co mógł, aby do gminy powróciła. Rozmawiał z właścicielami wszystkich aptek w okolicy, czy ktoś chciałby otworzyć punkt u niego. Nie znalazł się żaden chętny (czytaj również: Gwałtowny spadek liczby aptek, zwłaszcza na wsiach).
Poza tym przeszkodą stały się przepisy. Budynek urzędu gminy przestał spełniać wymagania, które pozwalają otworzyć w nim aptekę. Nie ma lokalu, który miałby jednocześnie podjazd dla niepełnosprawnych, oddzielne wejście i wymaganą liczbę pomieszczeń. A przystosowanie budynku jest kosztowne – dodaje wójt.
Ponad 70 wsi bez aptek
Ponadto aptekarze, którzy potencjalnie mogliby przyjechać na wieś, zniechęcało również to, że nie mieliby wielu klientów. Cała gmina to nieco ponad dwa tysiące mieszkańców, w samych Kołakach mieszka około czterysta osób. Poza tym część i tak jeździ do miasta, gdyż tam zapisali się do lekarza.
Nie tylko w Kołakach zniknęła ostatnia apteka. Podobnie stało się w ponad siedemdziesięciu innych miejscowościach. Gdzieniegdzie nie była to nawet apteka, ale punkt apteczny. Poza tym ciężko zliczyć wsie, gdzie nigdy nie było ani jednego, ani drugiego – pisze WP.
Trzeba liberalizować rynek
O problemie znikających aptek nieustannie mówi Związek Pracodawców Aptecznych „PharmaNet” (czytaj również: Na wsi trzech farmaceutów przypada na dwie apteki…). Prezes Marcin Piskorski wymienia listę przyczyn, które jego zdaniem sprawiają, że apteki nie powstają tam, gdzie może ich brakować. Są to wysoki koszt wejścia, wysokie koszty utrzymania i mnóstwo wymagań. Lokal przeznaczony na aptekę musi mieć określoną liczbę pomieszczeń, wejść oraz podjazd dla niepełnosprawnych. Poza tym każda apteka musi mieć własną recepturę, czyli miejsce, gdzie robi leki na receptę.
Nie można też apteki reklamować, a po zmianie przepisów może prowadzić ją jedynie farmaceuta. Dawniej aptekę mógł otworzyć każdy inwestor, który dopiero potem musiał zatrudnić fachowy personel. – Nie ma kto otwierać aptek – stwierdza Piskorski. – Farmaceuci nie chcą tego robić. Nie chcą być właścicielami aptek, bo musieliby wziąć kredyt, stać się przedsiębiorcami, ponosić odpowiedzialność, działać na trudnym rynku.
Zamiast apteki może powstać punkt apteczny (czytaj również: Apteka na wsi powinna być standardem). Wtedy wymagań jest nieco mniej, ale i asortyment znacznie uboższy. Może w nim pracować technik farmaceutyczny, a nie farmaceuta. Wciąż jednak trzeba mieć odpowiedni lokal. – Trzeba liberalizować ten rynek. Zamykanie go skutkuje spadkiem dostępności, jakości i wzrostem cen – uważa Piskorski. – Jesteśmy na początku tego procesu, a nie na jego końcu.
Źródło: IK/wiadomosci.wp.pl










