Drogie samochody, biżuteria, ponad pół miliona złotych w gotówce i ponad 10 milionów na kontach bankowych zabezpieczyli w październiku 2019 roku gdańscy policjanci. W akcji brało udział 200 funkcjonariuszy, którzy dokonywali zatrzymań i zabezpieczali dowody przestępstw w 30 różnych miejscach na terenie całego kraju. To była największa taka akcja organów ścigania, skierowana przeciwko mafii lekowej (czytaj więcej: VIDEO: Kolejne widowiskowe zatrzymanie członków “mafii lekowej”).
Zatrzymano wówczas 16 osób, którym miało grozić do 10 lat więzienia. Podejrzewano ich o udział w zorganizowanej grupie przestępczej, nakłanianie do składania fałszywych zeznań. Wśród zarzutów było też sprowadzenie niebezpieczeństwa dla życia i zdrowia wielu osób. Miało ono polegać na wprowadzeniu do obrotu środków farmaceutycznych nieodpowiadających warunkom jakości. Przechowywano je w jednym z gdyńskich magazynów, nieobjętym zezwoleniem na obrót hurtowy produktami leczniczymi.
W marcu część z zatrzymanych wtedy osób zwolniono z aresztu. Ta decyzja Sądu Okręgowego w Gdańsku wzbudziła kontrowersje. Uznał, że „kontynuacja izolacji podejrzanych nie jest konieczna dla dobra postępowania”. Prokuratura zapowiadała złożenie zażalenia na tę decyzję (czytaj więcej: Członkowie “mafii lekowej” zwolnieni z aresztu. Ta decyzja budzi wątpliwości…).
Zatrzymany zabiera głos…
Kilka dni temu jeden z podejrzanych w tej sprawie – Maciej P. – zgodził się porozmawiać z redakcją Onetu. To on miał kierować całą grupą. Jego zdaniem akcja policji, w trakcie której zatrzymano go wraz ze swoimi współpracownikami, była motywowana politycznie. W ten sposób chciano też pokazać sukces Zbigniewa Ziobry tuż przed wyborami (czytaj również: Cztery razy więcej postępowań dotyczących nielegalnego wywozu leków…).
– Uznano, że kontrolując kilkanaście podmiotów aptecznych, które sprzedawały leki także do Niepublicznych Zakładów Opieki Zdrowotnej, uczestniczę w odwróconym obrocie lekami. Nie przyznaję się do stawianych mi zarzutów. Ani ja, ani moi pracownicy, nie uczestniczyliśmy w żadnej grupie przestępczej. Byliśmy łatwym celem jako prywatna sieć aptek. Prowadziliśmy ten biznes od kilkunastu lat. Pozbawiono mnie firm, zabrano nam komputery i dokumentację. Teraz zostały tylko zgliszcza i długi – odpiera zarzuty Maciej P.
Dziennikarze Onetu zapytali też mężczyznę o wystawny tryb życia, jaki prowadził. Stwierdził, że skonfiskowane przez policję Ferrari było w leasingu.
– Nie jest moją własnością. Rata 6300 zł to nie za dużo. Płacę z opodatkowanych zysków. Podobnie było z zagranicznymi wycieczkami – wyjaśniał Maciej P.
Mężczyzna przyznał też, że leki, o które powstało całe zamieszanie, częściowo trafiały do NZOZ. Dziennikarzy Onetu przekonywał jednak, że on nie wiedział, co się z nimi dalej działo. Nie wyklucza też, że mafie lekowe istnieją, ale zaznacza, że sam do żadnej nie należy. Wskazał także, że przyczyny niedoboru leków są złożone, a nie tak proste, jak chciała to wytłumaczyć prokuratura (czytaj również: Prokurator złożył zażalenie na zwolnienie członków “mafii lekowej”).
Wśród zatrzymanych w październiku było też dwóch prawników z Warszawy. Michał P. przyznaje, że ich zna, ale nie jest to znajomość koleżeńska.
– Rynek farmaceutyczny jest ograniczony i szczelny. Ludzie się znają. Prawnicy wykonują swoją pracę, jak każdy – komentuje na łamach Onetu.
Źródło: ŁW/Onet.pl










