Jakie konsekwencje dla polskich pacjentów ma przejmowanie małych placówek farmaceutycznych przez sieci, także te zagraniczne? Jak działa mechanizm zakładania aptek na tak zwane słupy? Dlaczego sieci mogą bezkarnie łamać i obchodzić przepisy? Dlaczego sieci aptek mogą działać niezgodnie z etyką farmaceuty? Jakie metody maksymalizacji zysków stosują w Polsce międzynarodowe sieci aptek? Czy wkrótce polskich aptek będzie jak na lekarstwo?
Na te pytania starali się odpowiedzieć autorzy reportażu w „Magazynie śledczym Anity Gargas”. W tym celu rozmawiali między innymi z szefem Związku Aptekarzy Pracodawców Polskich Aptek – Marcinem Wiśniewskim. Jako przyczynę obecnej sytuacji na rynku aptecznym wskazał on zmiany, jakie nastąpiły w Polsce w okolicach roku 2002, gdy zliberalizowano zasady otwierania aptek. umożliwiono ich prowadzenie każdemu (czytaj również: Pracownicy sieci aptek alarmują: “Boimy się przychodzić do pracy”).
– Żeby prowadzić wózek widłowy trzeba mieć uprawnienia, żeby ryby łowić też trzeba mieć uprawnienia. Ale żeby prowadzić apteki, zliberalizowano apteki i każdy mógł. W efekcie od 2002 roku zaczęły się namnażać apteczne sieci i wtórnie zaczęły te sieci przechodzić w ręce zagraniczne – mówi Wiśniewski.
W reportażu przedstawiono historię farmaceutek z Radomia (matki i córki), które w swojej aptece walczą o przetrwanie. Po tym jak w okolicy otwarła się kilka lat temu apteka sieciowa, farmaceutki straciły część obrotu. Musiały więc zwolnić personel. Dziennikarzom opowiedziały o mechanizmie przejmowania rynku przez sieci aptek, która mogą sobie pozwolić na sprzedawanie produktów poniżej ceny zakupu. Wszystko po to, by „wykończyć konkurencję”, a po jej zamknięciu podnieść ceny (czytaj również: ZAPPA prosi Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorstw, aby chronił małe sieci aptek).
Wymuszanie poczucia potrzeby zakupu
Dziennikarze dotarli także do maili, jakie koordynatorzy aptek wysyłali do farmaceutów. Mieli w nich rozliczać pracowników z wykonywania określonych celów sprzedażowych.
– Rolą aptek nie jest szukanie sposobu na to, by wymusić na pacjencie poczucie potrzeby zakupu. Farmaceuci dostają od swoich przełożonych, od menedżerów listy leków często z ilościami, które powinni sprzedać w danym tygodniu. Są z tego rozliczani – mówi wiceprezes Naczelnej Rady Aptekarskiej, Michał Byliniak.
W reportażu pojawia się wypowiedź anonimowej, byłej pracowniczki apteki sieciowej. Opowiada ona o tym w jaki sposób była zmuszana do wciskania pacjentom określonych produktów. Wytyczne dotyczyły zarówno preparatów dostępnych bez recepty, jak i zamieniania tych na receptach – na preparaty innych firm (czytaj również: Hurtownie farmaceutyczne faworyzują sieci apteczne w dostępie do leków?).
– Czasami dopasowuje się cenę do możliwości pacjenta. Wiadomo, czasem nie stać ludzi i chcą kupić coś tańszego. Tam nie mogło tak być. Ja musiałam po prostu wydać to co sobie życzyła sieć – mówi.
Dziennikarze poprosili o komentarz do sprawy Związek Pracodawców Aptecznych PharmaNET – reprezentujący interesy największych z sieci aptecznych. Przedstawiciel organizacji w odpowiedział, że „każda profesjonalna apteka, bez względu na to czy jest sieciowa czy nie, prowadzi swoją działalność w oparciu o plany sprzedażowe, aby zapewnić dostęp pacjentów do leków” (czytaj również: Pacjent nie może być traktowany jak portfel na dwóch nogach).
Apteka dla aptekarza
Tego typu praktyki miała ukrócić wprowadzona w 2017 roku nowelizacja prawa farmaceutycznego, znana jako „apteka dla aptekarza”. Jej celem było sprawienie, by apteki w Polsce były prowadzone przez profesjonalistów czyli farmaceutów. W reportażu o celu jej wprowadzenia opowiadał ówczesny wiceminister zdrowia, Krzysztof Łanda. Jego zdaniem nowelizacja ta miała być wyłącznie przepisem przejściowym, na czas znacznie większej reformy rynku aptecznego, który uczyniłby z aptek placówki ochrony zdrowia, a nie placówki handlowe.










